I'm just stardog-champion
::księga gości::

2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
miłoszek daje sobie radę

Mija pierwszy tydzień miłoszkowej bohaterskiej służby w karakaskim antyterrorze olimpijskim. Technicznie wygląda to tak, że Miłoszek wychodzi z domu przed północą, załamany jakby szedł na ścięcie. Wraca następnego dnia wczesnym przedpołudniem, zajechany i jeszcze bardziej nieszczęśliwy. Rzuca mundur na podłogę, kąpie się, mówi nam dobranoc i daje po sprężynach.

My mu ten mundur pierzemy, suszymy, prasujemy i odwieszamy do szafy. A jest z tym trochę roboty, bo oni tam się chyba całą noc czołgają, skaczą ze śmigłowców, siedzą po pachy w bagnie albo turlają się w błocie.
Kole dwudziestej drugiej Miłoszek powstaje z martwych, po czym sto siedemdziesiąt razy mówi kurwa mać i znowu idzie tyrać. Rano wraca, rzuca mundur na podłogę i tak dalej.

Nic nie wiemy o tej Miłoszkowej pracy, ale z jego miny oraz nastroju wnioskujemy, że jest mu średnio fajnie. Raz jeden jedniutki udało mi się naciągnąć go na jakieś wyznania. Tak więc Miłoszek jest skonfliktowany z połową ludzi w Forcie Vansterdam. Stary jego numer, czyli przerost formy nad treścią oraz dumy nad rozsądkiem. Mówi, że ma czterech kandydatów do nastukania, bo mu wybitnie wchodzą na odcisk. Bardzo mi to przypomina burzliwe dzieje Roberta E. Lee Prewitta ze znanej i powszechnie lubianej powieści Stąd do wieczności.

Martwię się o niego.


 
2010-02-09 05:51:29 skomentuj (7)
miłoszek na wojennej ścieżce

Miłoszek, jak wiadomo, powrócił do służby w antyterrorze. I już pierwszego dnia miał niezbyt wesołą przygodę o zabarwieniu antyolimpijskim oraz antysystemowym, nieprawdaż.

Może jeszcze tytułem wstępu z grubsza zarysuję Szanownym Czytelnikom ogólną lokalną sytuację atmosferyczno – społeczną. Otóż, zdaniem niektórych, Olimpiada odbywać się będzie na terenach pozyskanych siłą i gwałtem od rdzennych mieszkańców tej okolicy.

W zasadzie, to cztery najbardziej uprawnione plemiona –
Squamish, Musqueam, Tseil-Watuth oraz Lil’wat podpisały swego czasu pakt o nieagresji oraz nieprzeszkadzaniu w igrzyskach. Ale wiadomo, jak to jest. Starszyzna plemienna swoje, a wojownicy swoje.
Ale do rzeczy.

Jechał sobie Miłoszek autobusem numer szesnaście na swoją pierwszą szychtę. Spowity w nowy, piękny mundurek, do którego poprzyczepiał wszystkie naszywki, emblematy i dystynkcje. Chociaż mówili, żeby nie przyczepiać za wcześnie, bo coś tam.

No i wtem nagle, na East Hastings do autobusu numer szesnaście wsiadła kobiecinka. Na oko stutrzydziestoletnia, z włosami do pasa, w opończy z wyhaftowanymi orłami, te klimaty. Postała, postała, łypnęła raz, drugi, trzeci i nagle z ryjem do Miłoszka, żeby nie blokował przejścia. Potem żeby nie zasłaniał kasownika. Potem żeby nie zasłaniał rozkładu. A potem coś tam jeszcze.

Kiedy poirytowany Miłoszek coś tam w końcu przyburczał, babuleńka wycelowała w niego sękaty paluch i wysyczała, że może i jest ochroniarzem, ale od zrabowanych terytoriów, splamionych indiańską krwią, potem i łzami. A kiedy zaskoczony Miłoszek jeszcze trawił usłyszane expose, kobiecinka nagle przyskoczyła i uwolniła złą energię. Czyli wyprowadziła dość celnego chleba na Miłoszkowy splot.

Po czym, na najbliższym przystanku wysiadła, na pożegnanie pokazując oburącz pogardliwego fakena. Autobus już dawno odjechał, a ona stała tam, fakowała i ujadała.

Jak nie urok* to sraczka**.






* No, bo te dwie tony nitrogliceryny się jednak nie znalazły. Rządowa propaganda niby rozgłasza, że wszystko cacy, a tymczasem nadal jest duży dendżer. I te binladeny coś ciągle nadają...
** No, bo ten ruch antyolimpijski to mocny jest i powoli zaczynają się w naszej okolicy akty terroru. A właściwie to anty-antyterroru...


 

2010-02-02 19:53:56 skomentuj (115)
bajka o staśku

Znowu położyłem się ja dzisiaj na łóżku, ażeby zażyć poobiedniej drzemki, bom w zeszłą noc znowu trochę zabradziażył, to mnie w środku dnia lekko zmorzyło. Ale nie o tym.
 

No i leżałem sobie, leżałem, a sen nie nadchodził. Więc się zamyśliłem. Tak mi się spodobało, że postanowiłem się jeszcze raz zamyślić. Bo mam o czym myśleć. A to, co mnie dręczy chciałbym niniejszym poddać pod społeczną konsultację. 

Bo mam w Polsce takiego kolegę, nazwijmy go roboczo Stasiek. I nie daje mi ten Stasiek spokoju, ale nie w sensie, że się w nim zakochałem albo coś. Rzekłbym, że przeciwnie.
 

Staśka znam powiedzmy że od czasów podstawówki, choć bardzo luźna to znajomość. Dziwny zawsze był, głupkowaty trochę, ale powiedzmy, że w sumie śmiszny. Miny takie odstawiał, że pękaliśmy. Wykrzywiał się, buczał, warczał, jęczał, a pamiętam, że z wytrzeszczonymi gałami i jęzorem wywalonym do połowy brody, to mógł biegać godzinami. No, beka maksymalna. 

Ale przede wszystkim, to zawsze chciał być laską. Znaczy kobietą. A to sobie do szkoły włosy zakręcił na lokówce, a to oczy podmalował, albo po mieszkaniu chodził w sukienkach siostry. Takie tam chłopackie figle. A najlepsze to było, jak na basenie tak sobie chował sisiorka między nogami i udawał dziewczynę. No, śmiechu było co niemiara. Nieważne.   

Słyszałem, że go rodzice prowadzali po lekarzach, ale tak dyskretnie i po cichu, bo wiadomo – w pipidówie to wszystko się zaraz ludziom źle kojarzy. A tu ojciec na stanowisku w magistracie, matka też niekiepska, w PZU chyba naówczas robiła. Nieważne. 

Nie wiem, czy go wtedy wyleczyli, czy też nie wyleczyli, ale też po prawdzie nie miałem do tego głowy. Bo to wiadomo, czas leci nieubłaganie i się w moim życiu zaczęły różne perypetie. Jedna szkoła, druga szkoła, trzecia szkoła, czwarta szkoła, potem znowu ta druga szkoła, potem trochę ta trzecia, wiadomo...

Potem znów z innej mańki, czyli młodość, miłość, macierzyństwo… I z tego wszystkiego żem o tym Staśku zapomniał. Aż tu wtem nagle, parę roków temu ktoś się nie bał i zaczął pisać w sieci internetowej rozmaite głupoty na mój temat. Śmiali my się na początku, ale głupoty mają to do siebie, że z czasem zaczynają wkurwiać. Tym bardziej, że po nazwisku. Moim, co je mam po Tatusiu.

Potem znowuż miałem pojechać do takiego programu telewizyjnego o fajnych i sympatycznych ludziach. Już my wszystko omówili z tym Państwem z telewizji, ustalili my wszystkie pytania i odpowiedzi, aż to wtem nagle trach. Ktoś tam zadzwonił anonimowym telefonem i powiedział temu Państwu, że ja wcale nie jestem fajny. I że dla odmiany zajmuję się handlowaniem narkotykami, molestowaniem dzieci i przemytem spirytusu z Czechosłowacji. To mnie nie wzięli do tego programu o fajnych i sympatycznych ludziach.

I tak jeszcze parę razy mi jakaś Niewidzialna Ręka namieszała. Niedużo, ze dwieście.

Potem moje dziecko założyło sobie taką stronkę w sieci internetowej. Ledwie założyło, a już ktoś zaczął tam pisać brzydkie wyrazy. Bardzo brzydkie. To już nas było dwóch, bo mnie też ktoś pisał te wyrazy. Nawet brzydsze.

Chłopak mój długo nie podziałał w takiej aurze, stronę zamknął, smutki pogasił w sobie i tyle jego, że się w wieku dziesięciu niecałych lat dowiedział, że świat to dżungla pełna wariatów i przychlastów.

Tak się ze trzy roki męczyłem, albo dwa. A ponieważ technologia poszła do przodu, to mi ktoś poradził, żebym te wszystkie elektroniczne informacje może jakoś pokojarzył zusammen do kupy. To wziąłem i posprawdzałem te wszystkie cyferki, komórki i adresy.

Patrzę ja, a to ten głupek Stasiek to wszystko pisze. Czyli, że go wtedy nie wyleczyli do końca.
Napisałem do tego Staśka jak do kogo dobrego i pytam się: co ty, Stasiek? A on mi na to, że kał i gówno. To go pytam dalej, dlaczego i co się takiego stało, że on mi tak robi. A on na to, że gówno, kał, zieeew, kał i sraka. Niezrażony, pytam go po raz trzeci, czwarty i piąty, że jakże to tak. A on mi ciągle, że kał.

Tom się znalazł w kropce, bo niewiele się w sumie dowiedziałem. Piszę więc do siostry jego, bo to moja koleżanka w sumie. I pytam, co z tym Staśkiem i co tu można począć. A Siostra Staśka mi na to, że kał i gówno.

Trochę się zdziwiłem, ale tylko trochę. I po jakim czasie postanowiłem poprosić Staśkowych rodziców o pomoc. Bo to mądre ludzie, niegłupie, z doświadczeniem, a Matka Staśka to się nawet w sieci internetowej oferowała, że pomaga w problemach rodzinnych. To sobie myślę, że może niech pomoże mnie.

Niechętnie to zrobiłem i z taką jakby nieśmiałością, bo Staśkowi czwarty krzyżyk mocno idzie i trochę jak gdyby nie wypadało na starego konia do rodziców kablować. Ale co ja miałem robić, jak on taki felerny się okazał umysłowo?
No więc, piszę ja do tej Staśkowej Matki o tym swoim problemie ze Staśkową działalnością, a ona mi odpowiada, że gówno, kał i sraka.
No, jakaś epidemia.

Wyczerpawszy wszystkie możliwe możliwości, zmartwiłem ja się wielce, bo jakże się tu nie zmartwić, skoro takie dziwne rzeczy się dookoła mnie wyprawiają. Każdy by się zmartwił.

Przydługi był ten wstęp, to teraz do rzeczy.
Zastanawiam się, proszę ja Was, czy to aby poważne. Grozi ten Stasiek mojej rodzinie, wydzwania po biurach różnych, nieprawdę na mnie mówi… Ale co, brać to poważnie? Bo tak na chłopski rozum, to już nie jest takie śmieszne, jak wtedy z tymi sukienkami, albo tym sisiorkiem na basenie.

Chciałbym wiedzieć, czy on jest taki fest wariat, że się bać trzeba. Czy raczej taki głupek wioskowy. Albo że tak tylko robi, żeby rentę dostać, czy coś. Dobrze by mi to było wiedzieć, to bym sobie inaczej życiowo-prawne sprawy poukładał.

Jakby to był normalny chłop, to honor by mi nakazywał spotkać jego, najebać do wiwatu i jeszcze szkło w dupę wsadzić. Ale chorego? Broń mnie Panie Boże. A tak w ogóle, to ja bym ani chorego ani zdrowego nie umiał pokrzywdzić. Taki jestem, że nadstawiam drugi policzek. I trzeci jak trzeba, i czwarty.

Ale wiedzieć bym chciał. Czemu on tak na moich starych Rodziców pisze? Że pijaki, że chamiska, że z jabolami chodzo po mieście. A czemu on tak mojemu dzieciakowi dokucza? I wyzywa od świń, pedałów, kutasów i innych takich. Stary by tego nie wytrzymał, a co dopiero młodziutki chłopaczyna.

Bo weźmy tak w skali do dziesięciu. Jak to jest taki świr konkretny, tak na osiem i pół, to może trzeba mi konkretnie zacząć działać, rodzinę ochronić, a i społeczeństwu przysługę oddać.

Z  kolei, jeśli ze Staśka tylko taki udawacz majowy i nieszkodliwy dupek, tak na dwa i pół albo trzy, to po co ja się zamartwiam zamiast żyć beztrosko, cieszyć wiosenną aurą i śmiać ha ha ha?   

Trzeba mi to wiedzieć.


 
2010-02-02 19:36:09 skomentuj (28)
bajka o władku

Położyłem się ja dzisiaj na łóżku, ażeby zażyć poobiedniej drzemki, bom w zeszłą noc trochę zabradziażył, to mnie w środku dnia lekko zmorzyło. Ale nie o tym.
 

No i leżałem sobie, leżałem, a sen nie nadchodził. Więc się zamyśliłem. Tak mi się spodobało, że postanowiłem się jeszcze raz zamyślić. I w rezultacie wymyśliłem takie coś, że aż mi ciarki przebiegły po krzyżu. Bo posłuchajcie sami, jaka akcja.
 
Jadę niedługo do Krakozji, nie? No i mam w tej Krakozji takiego kolegę, z którym pragnę się zobaczyć. Nazwijmy go roboczo Władek. Może się z Władkiem zobaczę, a może się nie zobaczę, bo wiadomo jak to w życiu jest. Będą bankiety, kwiaty, krawaty, jak to na gali.

Potem by trzeba zajechać do rodzinnej wioski, wszystkich poodwiedzać, pójść do banku, pójść do dentysty, pójść do cioci, pójść do brata, pójść do chłopaków, pójść do medyka, pójść do papirusa, pójść do apteki na Asnyka…
No, masa spraw jest, nie?
 

A może Władkowi co wypadnie, albo mi co wypadnie, albo u dentysty się przeciągnie, albo u brata się zasiedzę…  No, jednym słowem, nie wiem, czy się moje i Władkowe ścieżki skrzyżują. Bo wiadomo, człowiek myśli, a Pan Bóg kryśli.  

I przyjmijmy, hipotetycznie i teoretycznie, że w tym mniej więcej czasokresie coś się Władkowi przypadkiem niedobrego przydarzy. Nie wiem, upadnie na ulicy, potknie się o płotek, zwichnie rękę albo skaleczy buzię, cokolwiek. Hipotetycznie i teoretycznie oczywiście. 

No i powiedzmy, że sprawa tego niefortunnego wywalenia i skaleczonej buzi oprze się o stosowne organa. Hipotetycznie i teoretycznie. I jakiś komisarz – komputeroludek postanowi się tej akcji przyjrzeć detalicznie. Tak dla hecy, z braku lepszego zajęcia.

I ten komisarz sobie wejdzie do sieci internetowej, poczyta, pogrzebie, pokojarzy i…  wszystko będzie na mnie. No, tak, czy nie?
 Bo się z tym Władkiem od jakiegoś czasu przekomarzam, robimy se różne takie psikusy, dogadujemy sobie wesoło, chichramy się trochę, nie? 

No i dajmy na to, ten komisarz – komputeroludek by se dla lepszego rozpoznania zrobił taki szkic środowiskowo – rodzinny. A tu bach – jedni starzy znają drugich starych, pełna komitywa, jakieś wspólne picie kawy i jedzenie ciasta… Z kolei Siostra Władka to najlepsza eks koleżanka Takiej Jednej Mojej Znajomej. Wszystko pasi.  

Może i się tam potem troszkę między nami wszystkimi popsuło, nieprawdaż. Ale to wiadomo, czasy nerwowe, gonitwa, pewnie jakaś rywalizacja durna między staruszkami, kto ma fajniejsze dziecko, te klimaty…  
A nasz to pismo gratulacyjne od prezydenta dostał.
A nasz to w samiutkim NRD robi.
A nasz to z kolei szkoły nareszcie pokończył.
A u naszego wszy jak tanki, ale na inżyniera niedługo pójdzie na zaoczne. 
A nasz to za granicę pojedzie.
A nasz to już od dawna za granicą.
A nasz to był w telewizorze.
A nasz to był w gazecie niemieckiej i o regipsach tak ładnie mówił.
A nasz to jakieś tam książczyny pisze.
A naszego to o mało co by wsadzili do ancla za hitlerjugend.
A nasz to.
A nasz tamto.
I takie pytlowanie, i takie przegadywanie…
Na wesoło. Dla śmichu, nie? Ale nieważne.
 

A wiem skądinąd, że zarówno Władek, jak i jego rodzina, to nie od dzisiaj straszne zbytniki i figlarze. I gdyby się tak, hipotetycznie i teoretycznie, temu Władkowi ten nos porysował albo ręka nie daj Boże ułamała, to oni by pewnie powiedzieli, że to ja. Tak dla śmichu, żeby była fajna draka.
A drakę lubią.
 

Znakiem tego, niedobra jest sytuacja atmosferyczna, bo koniec końców, bez zdania racji wszystko by poszło na mnie. Hipotetycznie i teoretycznie. Bo tak dedukcyjnie:
Chciał się z Władziem spotkać?
Chciał.
Pisał w miejscu publicznem, że tęskni?
Pisał.
Przekomarzali się troszkę ostatnio?
Ano, przekomarzali.
Więc do Krakozji zjechał, żeby Władkowi krzywdę uczynić. 
A w życiu.
To po co zjeżdżał?
A na blog roku przyjechał.
Phi, słabe to i kupy się nie trzyma. 

Dobrze, że to tylko fantazja taka, bo by chryja mogła nastąpić okrutna. 

Mam rację?


 
2010-02-01 23:26:00 skomentuj (10)
napisało do mnie żiri

Witam,

Miło mi poinformować, że blog Pana autorstwa: stardog.blog.pl decyzją Joanny Kołaczkowskiej - Jurora w kategorii Absurdalne i offowe został nominowany do nagrody Blog Roku 2009.

Oznacza to, że blog, którego jest Pan właścicielem, będzie walczył o zdobycie nagrody głównej - tytułu Bloga Roku 2009 oraz tytułu Bloga Roku 2009 w kategorii Absurdalne i offowe. Gratuluję!

Aktualnie Jurorzy oceniają wszystkie nominowane blogi. Wkrótce zaplanowane jest posiedzenie Kapituły Konkursu, w trakcie trwania którego zostanie podjęta decyzja, który z blogów nominowanych otrzyma tytuł Bloga Roku 2009 oraz które z blogów zwyciężą w poszczególnych kategoriach.

Wyniki obrad Kapituły zostaną ogłoszone 11 lutego 2010 w trakcie trwania uroczystej Gali. Zgodnie z założeniami Konkursu założyciele wszystkich blogów nominowanych będą naszymi Gośćmi na Gali.


Takie buty.



2010-02-01 17:22:34 skomentuj (39)
łapka

Prasa kolorowa ze Starego Kraju dociera tu do mnie z pewnym nieznacznym opóźnieniem, nieprawdaż. Dlatego dopiero teraz przeczytałem pyszny wywiad z Artystą Łapickim, pomieszczony w którymś z zeszłorocznych Przekrojów. I mi się coś przypomniało. Ale po kolei.

Kiedy byłem małym chłopcem, hej, My Loving Father wkraczał w decydujący okres swej górniczej kariery. Będąc zasłużonym inżynierem z Petrobudowy (czyli Przedsiębiorstwa Budowy Kopalń Rud z dyrekcją w Bytomiu) otrzymywał on bardzo atrakcyjne przydziały na letnie wczasy rodzinne. Najpierw do Władysławowa, potem zaś do samiutkich Chałup.

Chałupy to była naówczas wiocha nad wiochy oraz dziura zabita dechami. Kilka niewykończonych pensjonatów, ZERO sklepów, ZERO smażalni oraz – co odczułem najboleśniej  – ZERO kioszczków z pamiątkami. Na ciacha, kergulenę z frytkami, albo w celu nabycia gumowego kingkonga trzeba było dyndać do wspomnianego Władysławowa.

Jednym słowem nuda, chała, sraka i Zatoka Pucka z mnóstwem ohydnych meduz. Ale… przyjeżdżali tam Wielcy Aktorzy. A ja – pomimo młodego wieku – na wielkim aktorstwie się już znałem.
Kogom ja nie spotkał... Codziennie, w drodze na stołówkę mijałem Kopiczyńskiego, Gołasa, Bąka, Michnikowskiego, Kobielę i całą masę innych asiorów. Podobnież gościła tam nawet Kalina Jędrusik, ale jakoś się rozmijaliśmy. Nie widziałem, nie będę ściemniał.

Pewnego dnia do Chałup zjechał sam Andrzej Łapicki. Kiedym go pierwszy raz ujrzał pod moim balkonem, udławiłem się gofrem z cukrem pudrem. Natomiast My Loving Father, urodzony jajcarz i ściemniacz, tylko się lekko skrzywił i pogardliwie rzucił:
- O, Łapka.
- Jaka Łapka? – zdziwiłem się niepomiernie.
- Tak go nazywaliśmy w szkole – odparł My Loving Father, w tej samej chwili urastając dla mnie do rangi półboga. W końcu chodzić z Łapką do tej samej budy…  Szok.

Dni mijały, wszystkie gwiazdy już mi się trochę przejadły i opatrzyły, marzyłem natomiast o jednym. A mianowicie, żeby tak móc jakoś skomunikować Ojca Mego z jego dawnym szkolnym kolegą. Niestety, kiedy spacerowaliśmy po plaży albo ulicach, nigdzie nie było Łapki. Wszyscy byli, tylko nie On. Oczywiście, kiedy gdzieś pojawiał się Łapka, dla odmiany pod ziemię zapadał się My Loving Father.

Dopiero pod koniec turnusu, kiedy popołudniową porą wracaliśmy z pobliskiej kawiarni (która serwowała przysmak mojego życia – krem sułtański),  zza winkla wyszedł oczywiście Andrzej Łapicki  w towarzystwie małżonki. Natychmiast rzuciłem się ku Ojcu Memu i, ciągnąc go za rękaw, wykrzyknąłem:
- Łapka! Tato, jest Łapka!!!

Wszyscy uczestnicy zajścia na moment zdziczeli, tylko My Loving Mother zachowała względną przytomność umysłu i, grzebiąc w torebce, beztrosko zawołała: tutaj, Jacusiu, tutaj jest twoja łopatka
Łapicki spojrzał na nas, lekko zdziwiony podniósł brwi, po czym, wziąwszy żonę pod mankiet, odszedł w swoją stronę.

- Już w szkole był trochę dziwny – skomentował My Loving Father – a teraz to mu dopiero sodówka uderzyła. Ale nie przejmuj się – dodał i wziął mnie za rękę.

Kocham tego faceta.  


 


2010-01-24 00:40:46 skomentuj (25)
...jeszcze nie szeleszczę kasą, jak klasą z winyli...

A jeszcze mi się w temacie lektur szkolnych przypomniała taka akcja. Ja, jak wiadomo, troszkę nie czytałem lektur, ale dnia pewnego, zaprzyjaźniony Pan Polonista zapowiedział mi, że jeśli nie przeczytam Pana Tadeusza to już się miarka przebierze i on mi zrobi kill’im.

Przypomniało mi się o tym w przeddzień dnia zero, więc kole dwudziestej zbiegłem do Pani Halinki, która była serdeczną znajomą My Loving Parents, a na dodatek polonistką w jednej z lokalnych szkół średnich. Pięknie się Pani Halince pokłoniłem, z góry przeprosiłem za kłopot i spytałem, czy by mnie jakoś w tej podbramkowej sytuacji nie podratowała.

Pani Halinka westchnęła i z pawlacza zdjęła box z siedmiowinylową wersją audio w wykonaniu Artysty Olbrychskiego. W drodze z apartamentu Pani Halinki na moje czawarte piętro wyliczyłem sobie, że jeśli będę tego słuchał w czasie rzeczywistym, to mnie niechybnie złapie świt. Wrzuciłem to więc na czterdzieści pięć obrotów i wtedy akcja zaczęła się toczyć nadzwyczaj wartko.

I tak sobie aż do północy grałem na gramofonie, trali trali trala. I tylko zmieniałem płyty. A następnego dnia byłem przygotowany jak złoto i mogłem z tematu Pana Tadeusza stawać do Wielkiej Gry. 

A to się Pan Polonista zdziwił.


 
2010-01-22 20:46:45 skomentuj (43)
hał hał

Niniejszym odszczekuję pod stołem wszystko, co tu uprzednio nagadałem na Mikołaja. I go przepraszam, żem w niego zwątpił. Ale do rzeczy. Przyjechał wczora z wieczora, zawinął saniami pod samą naszą chatą i wytłumaczył się, że po drodze, na wysokości Saskatchewan straszne korki, dlatego mu troszkę zeszło. Po czym mi wręczył z dawna przeze mnie upragniony paltocik PROSTO ELEGANCKO.
Nie posiadam się z radości.

Jednak warto być grzecznym.



2010-01-20 03:26:28 skomentuj (27)
zdravko

Weź się tam synku nie pchaj – powiedział Zdravko do Miłoszka, gdy się zgadało, iż ten ostatni nadal ma zamiar pracować w antyterrorze – bo do końca życia będziesz dłubał w nosie łokciem. Jeśli przeżyjesz...

Zdravka poznałem za pośrednictwem Karakaszanki, która luźno współpracuje z nim na niwie konstrukcyjno – budowlanej. Jest to mężczyzna postawny, w sile wieku, z obowiązkowymi wącholami do pasa. Ojczyznę swą opuścił będąc jeszcze pacholęciem, by z rozmysłem osiedlić się na przyjaznej karakaskiej ziemi, gdzie żyje i kwitnie do dziś.

W przeszłości Zdravko zajmował się – poza maniakalnym paleniem marihuany – ożywionym handlem bronią, którą nabywał gdzie się dało i przekazywał dalej, wedle własnego, bardzo subiektywnego uznania.

Ponadto, nasz przyjaciel współtworzył bliżej nieznaną mi formację, przy której podobnież wymiękali nawet Hell’s Angels. - Było nas ze czterdziestu - wspomina z rozrzewnieniem - ale gdy się gdzieś spotykaliśmy albo manifestowaliśmy, to pilnowało nas półtorej setki policjantów.

Nieco się ustatkowawszy, Zdravko zajął się budownictwem mieszkaniowym, ale nadal uprawia swoją anarchistyczną działalność, tyle że wyłącznie w warstwie werbalnej. Nic tak nie uzdrawia społeczeństwa – zdaniem Zdravko – jak odjebanie paru skorumpowanych sędziów lub polityków. Atmosfera się oczyszcza, zła krew odpływa, niedobra energia uwalnia się, a lud na powrót zaczyna żyć w ładzie, porządku i poszanowaniu elementarnych zasad.

Zdravko zgadza się rozmawiać o Auschwitz, Hitlerze, SS i podobnych wątkach, ale pod warunkiem, że na równych prawach rozgadamy Jugosławię, Afrykę i Tybet. A gdy w dyskusji pojawia się motyw kilkudziesięciu lub kiluset krwawych ofiar jakiejś historycznej lub politycznej zawieruchy, Zdravko uśmiecha się i rzuca: – Three hundred people? Lazy afternoon in Somalia…  

Osławione vansterdamskie East Hastings, gdzie w szalonej i zmutowanej wolnobieżce żyje sobie kilkanaście tysięcy ludzi, to dla Zdravko szopka i pokazówka  rządu. – Wydają na tych zombiaków ponad milion dolców dziennie. Osiemdziesiąt tysięcy rocznie na twarz. Za tę forsę można by im pobudować szklane pałace – wylicza Zdravko. – Ale jest lepiej, gdy dziadygi śpią i ćpają na ulicy, bo tak zwany porządny człowiek mija ich, patrzy, truchleje i postanawia nigdy, przenigdy tak nie skończyć. Więc zapierdala do banku, reguluje rachunki, poprawia zeznania podatkowe i generalnie stara się nie podpadać.  Slumsy są koniecznie, żeby cała reszta działała bez zarzutu – kończy Zdravko swój pokrętny wywód…

Bombardowanie na tegorocznych igrzyskach jest murowane, jak twierdzi Zdravko. – It’s a rule – stwierdza z wieloznacznym uśmiechem. Jeśli nie zrobią tego chłopacy z Al-kaidy, musi się tym zająć rząd. To wszystko jest wliczone w koszta, a bez wiatru koło dupy ludziom się poprzewraca w głowach…

Fajny z niego chłop.



2010-01-19 22:34:37 skomentuj (38)
żarty chwilowo na bok

Ha, Miłoszek właśnie zdał egzamin poprawkowy z rozpoznawania bombard i z dniem pojutrzejszym wraca do służby w antyterrorze. Nie wiem, czy jesteśmy tym faktem aż tak bardzo uradowani, bo właśnie podniosły się głosy, że na tej olimpiadzie jednak raczej coś pierdolnie. Al-Kaida podobnież wystosowała do stosownych gremiów zawoalowane listy z pogróżkami, toteż temperatura rośnie.

Nasz zaprzyjaźniony ex-terrorysta Zdravko też uważa, że zamach mamy jak w banku. Twierdzi, że jeśli nie binladeny, to już na mur CIA. Zdravko, jako stary anarchista jest bowiem zdania, że zamachy bombowe, jak również nędza, slumsy, narkomania oraz inne kataklizmy służą wyłącznie do dyscyplinowania społeczeństwa i - jako takie - są oczywiście dziełem babilońskiego systemu. 

I to zupełnie nieistotne, czy ja się z nim zgadzam, czy też nie. Martwi mnie, że gdzieś tam na pierwszej linii frontu będzie się błąkał Miłoszek.

A i my nie za daleczko.  



2010-01-18 05:15:57 skomentuj (41)
tak jak w kinie

Gdy wiele lat świetlnych temu zdawałem maturę ustną z polaka, zalosowałem pytanie dotyczące niezapomnianej lektury pod tytułem Noce i dnie. Której to książki niestety nie czytałem. Po prawdzie, to żadnej lektury szkolnej nie czytałem, co się bardzo nie podobało mojemu nauczycielowi, który mnie jednakowoż tolerował, bo wiedział, że czytam inne rzeczy. I to w ilościach przemysłowych.

Na maturze niestety nadeszła chwila prawdy i oto siedziałem przed znudzoną trójcą, która cierpliwie oczekiwała odpowiedzi na pytanie.
Po długich jak wieczność trzech kwadransach, komisja się trochę zniecierpliwiła i zaczęła mnie podprowadzać. Pani od matematyki, która nie wiedzieć dlaczego piastowała funkcję przewodniczącej, zadała mi pytanie pomocnicze, brzmiące mniej więcej tak:
- No to powiedz nam przynajmniej, jaki charakter mają te Noce i dnie.

Tom dopiero zdziczał, bo o żadnym charakterze nic mi nie było wiadomo. Czując, że bez znajomości lektur może być trochę krucho, w przeddzień egzaminu przewertowałem kilka bryków, które pozwoliły mi wyłącznie na bardzo pobieżną orientację w temacie ogólnych perypetii życiowych Bogumiła i Barbary. Ale o charakterze dzieła nic nie wspominały. Więc się znowu zacukałem i z tego zacukania wyrwał mnie dopiero nerwowy szept mojego polonisty: tak jak w kinie, tak jak film... 

A to trzeba było od razu tak mówić. Natychmiast otrząsnąłem się z odrętwienia i oznajmiłem, że Noce i dnie mają oczywiście charakter panoramiczny. Komisja pospadała z krzeseł, a polonistę stać było tylko na nerwowy charkot: epicki, człowieku, epicki. 

To teraz do rzeczy. Miałem zeszłej nocy piękny sen panoramiczno – epicki, w którym pojawiła się wielopokoleniowa, lekko fabularyzowana historia mojej rodziny. Żonę miałem tę samą, co w realu, za to jedną z moich córek była Mel B., znana między innymi z występów w kwintecie wokalnym Spice Girls. Bardzo byłem z nią zżyty i w ogóle, dlatego wiernie kibicowałem wszystkim jej związkom, skandalom, aferom oraz rozlicznym ciążom.

W końcu Mel się trochę ustatkowała i powiła bliźniaczki, które najpierw były trochę chore i między innymi miały na buziach straszne ćwiartuchny. Ale potem ozdrowiały i wszystko było git majonez. Cała rodzina spotykała się w naszym rodowym majątku, ja z rozczuleniem nosiłem wnuczki na rękach i w ogóle żyliśmy długo i szczęśliwie.
 

Takich snów, to proszę więcej sunąć mi.
 

 
  

2010-01-15 20:15:48 skomentuj (11)
bajka o dobrej pani i złych dzieciskach

Nie chciałbym się wydać monotematyczny, ale tak mnie jakoś nastraja wiadomy konkurs, w którym mój skromny pamiętniczek, z pomocą Naszej Niezawodnej Drużyny pruje ku nieuchronnemu i miażdżącemu zwycięstwu. Ale do rzeczy.

Przypomniał mi się skandalik, który miał miejsce parę lat temu w jednej ze szkół, gdzie mój serdeczny przyjaciel pouczał dziatki gimnastyki. Katedrę biologii albo innej geografii okupowała tam pewna Pani, której kuzynka czy też siostrzenica akurat występowała w jakimś Czarze Par, Idolu czy Ktoś ci wmówił, że masz talent. 

W tymże okresie zdarzało się, że Pani notorycznie wpadała do klasy z hasłem wyjmujemy karteczki na swoich karminowych usteczkach. Dzieci oczywiście natychmiast zaczynały jęczeć, błagalnie składały rączki i prosiły o uchylenie sprawdzianu. Pani łaskawie przystawała na ten układ. Pod warunkiem, że wszyscy grzecznie wyjmą komóreczki i wklepią tam stosownego sms-a.   

Zły los tak jednak chciał, że Panina kuzynka czy też siostrzenica z hukiem opuściła arenę artystycznych zmagań po trzecim bodajże tygodniu. Ptaki ćwierkały, że potem, przez pewien czasokres Pani srożyła się na dzieci, zarzucając im, że to wszystko ich wina. Bo tylko markowały wysyłanie głosów. 

Na takie dictum dzieci się wkurwiły i uprzejmie doniosły dyrektorowi placówki o zaistniałym zdarzeniu. Dyrektor, w obecności Rady Pedagogicznej ochrzanił Panią i wrypał jej naganę z wpisaniem do akt. Za nadużywanie stanowiska.
Pani pozostała, co prawda, na posadzie, ale tak się jakoś dziwnym trafem skonfliktowała z dyrektorem oraz resztą grona, że w rezultacie odejszła z placówki. 

Czas uczynił ją silną i mądrą, ale co z tego, skoro aura skandalu ciągnęła się za nią jak smród za wojskiem. I nigdzie już potem nie mogła przycumować na stałe. Błąka się teraz od szkoły do szkoły, niespokojna i odrzucona, wyczekując dnia, w którym skończą się jej męki i otuli ją cień wiatru.

Taka anegdotka.



2010-01-14 19:02:01 skomentuj (25)
fatso forgotso

Nie chciałbym, aby powstało tu wrażenie, że ja sobie robię jaja z osób szczupłych inaczej. Nic podobnego. Co więcej, na skutek ożywionej działalności świąteczno – gastronomicznej,  chwilowo sam jestem gruby jak antałek, więc w sumie to przyganiał kocioł garnkowi. Ale do rzeczy.

W amerykańskiej telewizji obejrzeliśmy wczoraj program, który jest kolejnym znakiem obecności Szatana i niechybną wróżbą rychłego nadejścia Armagedonu oraz Apokalipsy. Ale po kolei.


Działa to tak. Najpierw producenci  wybierają ze społeczeństwa super grubą babę, najlepiej z gębą jak niewypał. Na dobry początek, w paru sążnistych migawkach pokazują jej nędzne i posrane życie, pełne trosk, schodów i upokorzeń. A potem to już buch do studia. Gdzie się Baba... rozbiera do barchanów i staje przed lustrem. Oczywiście załamana.

W tym momencie do akcji wkracza Prowadzący, czyli Pizduś w Różowej Koszuli. Który mówi do Baby: hej, nie jesteś wcale taka gruba, masz fajne kształty, niezłą talię i w ogóle.
Potem oboje wchodzą do następnego studia, gdzie w rządku stoi sześć grubych bab, ustawionych według stopnia słoniowacizny.

Wtedy Prowadzący do tej Naszej Baby mówi tak: stań tam, gdzie się czujesz. Więc ona, nadal przyłamana, staje między piątą a szóstą. Wtedy Pizduś mówi: hej, pomyliłaś się, nie jesteś aż taka gruba, twoje miejsce jest tu. I przesuwa ją na pozycję między babą trzecią a czwartą. Nasza Baba z lekka się odpręża. Koniec odsłony.


Następnego dnia, wieczorową porą Nasza Gruba Baba idzie sobie ulicą, a tu... w sercu miasta, na bilboardach wisi jej zdjęcie w samych barchanach. Baba się załamuje, na co niespodziewanie podchodzi do niej prowadzący i pyta, czy fajna niespodzianka. Baba się na niego rzuca i wyzywa od łotrów i szubrawców. Na co prowadzący ją uspokaja i proponuje zapytać przypadkowych przechodniów, co sądzą o zdjęciu na bilboardzie. Przypadkowi przechodnie mówią: hej, nie jesteś aż taka gruba, masz fajne kształty i niezłą talię, lubię twoje nogi i w ogóle jesteś prawie idealna.

Baba się rozpromienia i wracają do studia. Gdzie ją trochę podrabiają fryzjerzy i kosmetyczka. Pomaga to tyle, co umarłemu kadzidło, ale Baba czuje się jakby lepiej.
Potem następuje uroczyste wywalenie starych ubrań i przymiarka nowych. Baba już prawie nie jest gruba i zaczyna się uśmiechać.

Po czym następuje... goła sesja zdjęciowa. Spuśćmy zasłonę litościwego milczenia na efekty, ale Baba jest już prawie w siódmym niebie.


Kiedy już cała ekipa montująca program otrząśnie się po gołej sesji, wszyscy przechodzą do takiego jakby centrum wystawowo - konferencyjnego, gdzie Gruba Baba oswaja się z wybiegiem dla modelek. Po czym, następnego dnia, przy nawalonej po brzegi sali następuje... pokaz bielizny erotycznej, gdzie Baba jest główną modelką.


Po pokazie pytają Babę, jak się czuje, a ona odpowiada, że czuje się jak bogini seksu, kocha siebie i w ogóle zaczyna nowe życie. Po czym opuszcza studio i odchodzi ku zachodzącemu słońcu. Potem następują reklamy, a po reklamach pojawia się następna ogromna baba z gębą jak niewypał.


Musi już być ten koniec świata.


     

2010-01-13 19:47:20 skomentuj (109)
vote with a bullet

Cóż, prawdą jest, że po kilku latach wahania jednak zdecydowałem się wystartować w Tym Konkursie. Prawdą jest też, że w niedalekiej przeszłości, publicznie oraz pisemnie nazwałem te zawody Babilonem. Nawet wczoraj chciałem ten wpis skasować, żeby zatrzeć ślady, ale nie mogę znaleźć.

Wytłumaczę się zatem tak, jak nie przymierzając dziewczęta biorące udział w Miss Kurpi i Podlasia – wygrana nie jest ważna, bo to tylko zabawa.

Karakaszanka powiedziała, że nie będzie na mnie głosować, bo te SMS-y to zdzierstwo i ktoś sobie za nie wybuduje trzy wille. Zgadzam się z nią, toteż proszę niczego nie wysyłać. Gdyby ktoś się jednak uparł, to podpowiadam, że tam w kodzie na początku jest duże I (a nie jedynka)…
Ale nie nalegam, bo wystarczy mi zwycięstwo moralne.


A poza tym, to tylko zabawa.



2010-01-12 17:52:33 skomentuj (70)
trochę późnawo na notkę świąteczną, nieprawdaż, ale byłem zahibernowany

Zrobiłem sobie o świtaniu inauguracyjny objazd Stanley Parku. Dziwna sprawa. Albo oni wydłużyli przejazd, albo ja po tych Świętach jestem jakiś nie teges. Kiedyś robiłem to w kapciach i z zamkniętymi oczami. W każdym razie dzisiaj haniebnie spuchłem, a to tylko dwadzieścia kilosów. Poza tym, to już nie jest traska rekreacyjna, tylko klasyczny dirt, bo się góra obsunęła i zasypała kawałek ścieżki. Ale nie o tym.


Święta były bardzo fajne, ale nie beznadziejne. Ja oczywiście dniami i nocami okupowałem chomika, a w nielicznych przerwach poczytywałem sobie grudniowy Twój Styl. Karakaszanka nadrabiała zaległości w lekturze fachowej i ryła październikowe, listopadowe oraz grudniowe wydania Architectural Digest, natomiast Miłoszek na dwa tygodnie zaniknął w czerni, czyli zajął się Larssonem, którego sobie potajemnie sprowadził z Polski.


Ponadto jedliśmy polskie żarło własnej produkcj i oglądaliśmy filmy. Pokrótce o filmach:

* Piąty sezon Hałsa – zmęczenie materiału, ledwiem zdzierżył, chociaż przygody i casusy naszkicowali bardzo przemyślnie.


* Niewierna – lubię fedrować w tym temacie, chociaż żem go trochę doświadczył na własnej skórze. Ponadto fajna rola Diane Lane, która nawet przez kilka dni była moją najnowszą narzeczoną.


* Iluzjonista – mogę zawsze i w każdych ilościach.


* Krupier – produkcja nienowa, ale jakoś mi to wcześniej umkło. Poza samym Arturiusem Castusem, dwie świetne role – Alex Kingston (moja najnowsza narzeczona) oraz rewelacyjna Gina Mc Kee (ta sama, która miażdżyła w Notting Hill).


* Valkyrie – bardzo sprawny film. Można nawet przecierpieć Toma Cruise. A biorąc pod uwagę fakt, że Niemców nienawidzę od dziecka, jestem za.

* Inglorious Bastards – fajny, trochę dziwny. Ale biorąc pod uwagę fakt, że Niemców nienawidzę od dziecka, jestem za.

*
Nuremberg – temat na osobną notkę. Po emisji, Karakaszanka i Miłoszek milczeli przez trzy dni.

* Titanic – nigdy wcześniej nie oglądałem. Powinno tak było pozostać.


* Lista Schindlera – trzecie oglądanie, ta sama moc.


* The Air I Breathe – pozycja obowiązkowa. Bacon, Whitaker, Garcia. Zasuwajcie do wypożyczalni.


* Odważna – Jodie robi robotę. Trza znać.

* Public Enemies – nudne jak flaki z olejem. Jak można zrypać taki pyszny temat? Ani Dżonuś, ani Marion Cotillard niestety nie uratowali tej kiszki.

Tyle.
Dziękuję za uwagę.

Najlepszego w Nowym Roku.



2010-01-07 18:56:02 skomentuj (11)
how can you laugh, when you know I'm down...

Jestem upiornie zmęczony i ledwo żywy. Ale po kolei. Przez całą noc byłem w zespole Hałsa na stanowisku Czejsa. Ale nie leczyliśmy trudnych przypadków, a raczej stanowiliśmy coś w rodzaju Drużyny Pierścienia. No i dnia pewnego dostaliśmy od Kadi zlecenie, ażeby pojechać do takiego jednego miasteczka, gdzie zagnieździło się Zło.

Przybywszy do miasteczka, najpierw odwiedziliśmy burmistrza, który od wielu tygodni siedział zabarykadowany w takim jakby biurze szeryfa z Dzikiego Zachodu. Burmistrz dał nam wszystkie Moce, magiczne bronie oraz inne akcesoria i poszliśmy na bój. A trzeba dodać, że ja byłem takim Czejsem o specjalnych uzdolnieniach. I zawsze dokładnie wiedziałem, gdzie detalicznie kryje się niebezpieczeństwo czy inna zasadzka.
 
Zło mieszkało w takim jakby hangarze, do którego nie bez trudu się wdarliśmy. W pomieszczeniu chwilowo panowała cisza, ale ja wiedziałem, że za chwilę się zacznie. Nie myliłem się. Zza szafy zaczęły na nas wylatywać takie jakby śmigła od wiatraka prądotwórczego. Wirujące, wibrujące i jadowite.

Niezwłocznie dobyliśmy naszych mieczy świetlnych, które według burmistrza miały pokonać wszystkie inne bronie, ale… okazały się mocno przereklamowane. Poprzepalały się w nich żaróweczki i w ogóle prawie od razu się połamały, więc zostaliśmy pozostawieni na pastwę tych śmigieł. Tak zginęła Kameron oraz poniekąd Foreman, ale zdążyłem go wyciągnąć na zewnątrz, gdzie już się nim zajął Gollum, którym był Rob Halford*.

Odstawiwszy Foremana do punktu sanitarnego, wróciłem do budynku, gdzie u boku Hałsa dalej dzielnie walczyłem ze Złem...

Nie wiem niestety, co było dalej, bo Karakaszanka mnie obudziła, żebym sobie z nią popodziwiał świt nad Vansterdamem. Ale ja wcale nie podziwiałem, tylko myślałem, co tam z Hałsem i Foremanem, których pozostawiłem na polu bitwy. Bałem się, że może im się co złego przytrafić, tym bardziej że ten Gollum-Halford był strasznym cieniasem i nie miał żadnych Mocy…

A tak serio, to wcale nie jest dobrze. Likarstwo nie zdążyło mi się rozkręcić i coś czuję, że te Święta mnie zmasakrują. Jest w tym Cudownym Czasie jakaś sraka i jakiś rozstrój emocjonalny. Gadałem dziś via skajp z My Loving Parents i, o ile zawsze strugamy fetniaków i gierojów, to dzisiaj, chcąc nie chcąc, posuwaliśmy straszne dołki.  Wyszło na to, że wielkie im poczyniłem pustki w domu ich. Tym zniknieniem moim. Tak mi mów.


Gdybym pił, to bym się napił.





* Rob Halford to ikona mojej młodości oraz legendarny wokalista legendarnej grupy Judas Priest. Początkowo z żółtą fryzurką a’la Piast Kołodziej, w późniejszych odsłonach łysy jak kolano. Zawsze obowiązkowo spowity w lateksowy, wyćwiekowany komplecik i takąż siodłatą czapkę.
Wielkie było moje rozczarowanie, kiedy razu pewnego, tygodnik Razem zaprezentował prywatne zdjęcia Roba Halforda, na których Bóg Metalu pocinał w dresie na kolarzówce albo kopał ogródek.
W czasach pierestrojki i głasnosti Rob przyznał się całemu światu, że kocha inaczej. To go troszkę jakby zdeklasowało w oczach maczizmowskich fanów. Chłopacy z zespołu też się lekko spłoszyli i najęli nowego śpiewaka, z którym to artystą zespół Judas Priest w krótkim czasie zszedł na psy i tym samym zniknął z pola moich zainteresowań.
Potem Rob coś tam jeszcze kombinował solowo, ale chyba niezbyt mu to wyszło. Ale w moim sercu pozostanie na zawsze. Nie dalej jak przedwczoraj, z chomika ściągnąłem sobie całą dyskografię Dżudasów, którą się raczę na okrągło, co jest dla mnie źródłem wielkich uniesień oraz przeżyć mistycznych…




2009-12-22 21:12:01 skomentuj (49)
schody do nieba

No i skończyło się cwaniakowanie oraz antyterror. Bo Miłoszek koncertowo położył egzamin końcowy z rozpoznawania obiektów niebezpiecznych i mu w związku z tym grzecznie podziękowali za współpracę. I teraz może pracować w takiej ochronie, która w żółtym kasku i odblaskowej kamizelce kieruje ruchem ulicznym przy pomocy takiego specjalnego lizaka z napisem SLOW po jednej stronie i STOP po drugiej.

Podobnież wszystkie inne kursanty z Mandżurii i innych Pakistanów (z całym szacunkiem dla tych pięknych krajów) zdali śpiewająco, a Miłoszek nie. Bo wydawało się jemu, że jest urodzonym antyterrorystą, w związku z czym wcale nie musi się uczyć, może sobie przychodzić na co siódme zajęcia, a do egzaminów startować z marszu i na pirata. 
 

W tej historii najbardziej martwi mnie to, że utraciłem dostęp do pakierni antyterroru. A ćwiczyć muszę. Bo lubię. W zaistniałej sytuacji zaczęliśmy biegać po schodach w naszej kamienicy. Sto trzydzieści dwa piętra, rewelacja. W drodze można sobie na zenku przesłuchać całą dyskografię Milesa Davisa, tyle to mniej więcej zajmuje. 

Zawsze kochałem ten sport. W prehistorycznych czasach, z Olim i Skibelkiem, ze śpiewem na ustach wbiegaliśmy na Pałac Kultury. Potem zakochałem się w zdobywaniu z buta Najwyższego Budynku Świata, com o tym pisał kiedyś TU. Raz tylko sobie wbiegłem, raz a dobrze. Potem rzuciło mnie w inne strony, ale jeszcze tam powrócę. Moim cichym bohaterem oraz idolem w tej dziedzinie jest Karakaszanka, która na CN Tower wbiegła w życiu pięć razy.   

Że nie wspomnę o schodach na Spółce (czyli w domu rodzinnym), po których od dzieciństwa nie umiem chodzić normalnie i nawet w zeszłym roku poprawiłem swój życiowy rekord, czyli czternaście sekund. Mój serdeczny przyjaciel Bruner powiedział mi swego czasu (jeszcze w czasach, gdyśmy razem pracowali w gadzinówce), że ma natręctwo wbiegania na schody. 

Mam i ja.



2009-12-15 02:01:04 skomentuj (7)
hej kolęda

W ramach podgrzewania świątecznej atmosfery pozwolę sobie wrzucić jeszcze garść wspomnień oraz kombatanckich gawęd, dobra?

Sprawa pierwsza. Gdyby mnie kiedyś pojmał wywiad obcego mocarstwa i pragnął ze mnie wydusić zeznania, to informuję, że jestem odporny na przypalanie palnikiem spawalniczym, wbijanie wykałaczek pod paznokcie oraz nękanie psychiczne. Ale podpowiadam ewentualnym oprawcom kompot z suszu. Po pierwszym łyku wyśpiewam wszyściutko. A może i na sam zapach…

Sprawa druga. Zawsze w Święta po miliardkroć zapodawałem sobie The Beatles Christmas Album. W sumie to taki niemuzyczny zbeszt, ale wprowadzał mnie w nastrój. Chłopacy, od bodajże 1963 aż do samego końca, co roku przed Gwiazdką nagrywali pięciominutową bajerę, by potem, w formie singielka wysyłać do co lepszych fanów.
Miałem to na szpulaku, potem na kasecie, aż w końcu zaciągnąłem całość w jednym pliku z sieci internetowej. Ale mi zaginęło. Wala się to może u kogoś przypadkiem?

Sprawa trzecia. Nigdy nie zapomnę, jak roku pewnego, późnym wigilijnym wieczorem, kiedyśmy już w podgrupach radowali się z prezentów, do mieszkania Dziadków przy osławionej ulicy Mazowieckiej zapukali maleńcy kolędnicy. Oczywiście, w tym szczególnym dniu zostali wpuszczeni na pokoje i odpowiednio podjęci. Spożywszy poczęstunek, maleńcy kolędnicy przystąpili do prezentacji krótkiego programu słowno – muzycznego.

Polegało to na tym, że trzej artyści stanęli w progu jadalni i łamiącymi się głosikami melorecytowali wiązankę kolęd oraz pastorałek, podczas gdy czwarty, za ich plecami wycofał się na z góry upatrzone pozycje i opędzlował pokój Babci Kulki. Buchnął zegarek, obrączkę i harmonię starych polskich złotych, co je Babcia miała zakitrane w pudełku po bombonierce.

Wykonawszy program, maleńcy kolędnicy pokłonili się wzruszonej publiczności, po czym zainkasowali wynagrodzenie pieniężne plus wór słodyczy. I poszli.
Babcia się skapowała w jaki kwadrans po występie, kiedy to zapragnęła na swoim zegareczku sprawdzić, ile jeszcze czasu do pasterki. A tu sikora niet.

Zasadniczy problem polegał na tym, że sprawcy byli programowo zamaskowani, gdyż jeden wystąpił jako umorusany sadzą diabeł, drugi natomiast wcielił się w postać króla z gęstą brodą z waty, podczas gdy dwóch pozostałych robiło za śmierci. Czyli kostuchy ze stosownym malunkiem na mordkach.

Podobnież Wujek w późniejszym terminie ustalił personalia małych agentów i nawet monitował u tak zwanych rodziców, ale z tamtym sąsiedztwem to się wojowało niełatwo i niewdzięcznie. Gienek Śledź, maluchy wnoszone do bramy, samowywalające się komarki i te klimaty…

Do dzisiaj kolędnikom mówimy NIE.



2009-12-10 19:31:15 skomentuj (40)
podkładki

To może ja jeszcze przez chwilę pojadę w szeroko pojętym temacie Cudownego Czasu Bożego Narodzenia, dobra?

Cóż, techniki dyskretnego podsuwania prezentów, to w wykonaniu My Loving Parents była bajka. Bo niestety legendarny występ Pana Mariana skutecznie zakończył osobiste oraz priwatne wizyty Mikołaja w moim domu.
I potem pozostały już tylko podkładki.

Wiadomego dnia w godzinach popołudniowych My Loving Parents zaczynali dostawać nerwowej wysypki i interesownie dreptali po mieszkaniu, czekając aż pójdę do kibla albo innego pokoju. Manewr był to trudny, bo za dużo tych pokoi nie mieliśmy. W mojej kajucie miała nastąpić podkładka, u Brata Mego takoż. Prezenty były, nieprawdaż, skitrane w salonie na szafie i... to już koniec wyliczanki.

Ażeby dać Rodzicielom swobodę działania, stosowaliśmy więc rozmaite litościwe podstępy. A to pytałem, czy nie trzeba czego przynieść z piwnicy. A to oświadczałem, że muszę zejść do skrzynki pocztowej. W ostateczności pozostawała niezawodna nasiadówka w łazience, połączona z lekturą Pana Samochodzika albo innej pasjonującej książki.
Tyle Mikołaj.

Z prezentami od Gwiazdorka było o tyle prościej, że wigilijna impreza przez całe dziesięciolecia odbywała się u Dziadków, którzy zamieszkiwali poniemiecki, dwustumetrowy hangar na Mazowieckiej. Tamże, corocznie, po wprowadzeniu do ustroju obowiązkowego barszczu z uszkami (najlepszy na świecie), karpika (nienawidzę ryby z ościami) i paru pierożków (bleee), Dziadek Sarmata rozkazywał, coby dzieci (czyli ja i Brachol) poszły do kuchni obadać przez okno, czy Gwiazdorek przypadkiem nie nadlatuje.

Więc dzieci wstawały od stołu i szły, szły, szły, szły, szły. Przez pokoje, przedpokoje, mroczną sień i  krużganki, aż do kuchni. Tam dzieci posłusznie kukały przez okno, ale w szalejącej snieżycy nic nie było widać. Po chwili z oddali rozlegał się dźwięk dzwoneczka (to Wujek stukał widelcem o szklankę), czyli znak, że po raz kolejny dzieci rozminęły się z Gwiazdorkiem, który wykiprował prezenty i właśnie odlatuje.

Dzieci ciężko wzdychały, ale podekscytowane szły z powrotem do jadalni. Szły, szły, szły, szły, szły, przez krużganki, mroczną sień, przedpokoje i pokoje, a kiedy doszły, to zwyczajowo Dziadek je lekko, łagodnie opierniczał. Że za wolno szły, że Gwiazdorek już był, czekał, czekał i czekał, ale dłużej już czekać nie mógł, bo inne szkraby też chcą dostać prezenty. Więc tylko w biegu wrąbał pieroga z kapustą i poleciał dalej.

A przyznać trzeba, że trzymało się to wszystko kupy, bo jeszcze czuć było chłodny powiew od okna i jeszcze się ruszała firanka, o co każdorazowo dbała Babcia Kulka...

Piękne to były czasy.
 


 
  
2009-12-08 19:04:32 skomentuj (34)
jestem zawiedziony

Dostaliście coś fajnego od Mikołaja? Bo ja nie bardzo. Napisałem mu w liście, że chcę bluzę Prosto, ale mnie olał. Karakaszanka też nic nie dostała. Miłoszek sam sobie kupił prezent mikołajowy, ale żal mu się nas zrobiło, więc się z nami podzielił.
A fundnął sobie trzy baniaki Koloniksu, czyli tego specyfiku do likwidowania złogów jelitowych.

Teraz każdy ma jedną puszkę i każdy się odtruwa w indywidualnym tempie. Nie da się niestety tak na trzy cztery, bo mamy zróżnicowane lajfstajle. A zarzucenie Koloniksu wiąże się, jak pewnie pamiętacie, z koniecznością pozostania w domu przez jakiś czas po spożyciu. Bo wiadomo. A właściwie to nie wiadomo. Uderzenie może przyjść w każdej chwili.
Ja chyba będę miał rozwiązanie lada dzień, bo czuję się jakbym miał urodzić hipopotama.  
No, ale nie o tym.

Chciałbym w tym miejscu, z lekkim poślizgiem omówić moje najlepsze mikołaje, dobra? Kolejność niechronologiczna.

W jednym roku jako Santa przyszedł Pan Marian, ale trochę skiepścił sprawę, bo poznałem go po butach, rękach i głosie. Albo to ja już byłem za stary i za bystry. Dostałem wtedy sterowanego kabelkiem Wartburga Polizei 110. Skręcał bardziej w lewo, niż w prawo i miał światła, koguta oraz migacze.

W innym roku poszedłem do kościoła u Rączki, gdzie po roratach wystawili taki specjalny fotel, na którym zasiadł Mikołaj, rozdający prezenty uprzednio dostarczone przez rodzicieli. Pamiętam, że nie był to najlepszy pomysł, bo mi wtedy w mikołajowym worku zginęły takie klocki, com je miał dostać. Podsłuchałem potem rozmowę My Loving Mother z Ciocią. Była taka wioseczka z drewnianymi zwierzątkami, były żołnierzyki gumowe z NRD, a te klocki wcięło.

W jednym roku dostałem Eurobiznes, w innym samolot do sklejania PZL P-37 Łoś, a w jeszcze innym aparat fotograficzny CMEHA. Czyli popularną smienkę. Jeszcze w innym roku Master Minda, a jeszcze w innym wszystkie Przygody Tomka Alfreda Szklarskiego.  

Kiedy miałem trzynaście lat, Mikołaj przyniósł mi winyla Teatr na drodze 2 plus 1. Mam go gdzieś w skryjówie do dzisiaj.

A w tym roku sraka.



2009-12-06 23:49:29 skomentuj (20)
już

Ostatnie niedobitki po andrzejkowych baletach dawno już dokonały żywota, a potem z martwych powstały, ażeby się w poniedziałek udać do huty. Niniejszym Andrzejki uważa się za odfajkowane.


Znakiem tego rozpoczął się Cudowny Czas Bożego Narodzenia. Tak czy nie? A mnie się na samiutkim początku udało pozyskać coś, co dla mnie ten okres absolutnie konstytuuje. Ale po kolei.

Udaliśmy się dziś popołudniu do osławionego Polonia Sausage House w celu nabycia osławionej kiełbachy toruńskiej. Przy okazji nam się nabył pasztet z gęsi, żurek kujawski, jeżyki, michałki, kultowy serek topiony kremowy, sałatka jarzynowa, cukier waniliowy, krówki, baton Jacek i pięć lizaków. Ale nie o tym.

Kiedy Karakaszanka buszowała w kiełbasach i innych batonach, ja kątem oka, na regale z gazetami dojrzałem TO.
Bez TEGO nigdy nie było Moich Świąt. Odkąd pamiętam.

Tak jak innym do świątecznej aury niezbędny jest  Robbie Williams w duecie z Nicole Kidman, Cud na Trzydziestej Czwartej czy inne Last Christmas I gave you my heart, tak ja nie zaczynam świętowania bez TEGO.

Teraz już mam.
Świąteczne misterium czas zacząć.
8.79 CAD (plus tax).

Grudniowy Twój Styl.


   
2009-12-01 05:59:42 skomentuj (66)
...so I look at joe perry and I say...

Od rana mam dobry humor. Chyba mi się rozkręca likarstwo. Członkowie i sympatycy prozak nation znają pewnie taki awakening. Kiedy jeszcze wczoraj była sraka do sześcianu, nołfjuczer i w ogóle koniec cywilizacji. Aż tu wtem nagle budzisz się pewnego dnia, a tu wszystko gra i buczy. Słońce napiernicza, jest dobry drive i milion rzeczy do zrobienia. Chociaż tak naprawdę, to od trzech tygodni pada, problemów huk, ogólna bida z nędzą i eksmisja za pasem.

Bladym świtem wyskoczyłem więc z barłogu i pognałem na wspomnianą już salkę antyterroru, gdzie o dziwo, pomimo soboty nie nalazły się jeszcze żadne słonie. Więc mogłem sobie spokojnie pobrykać przy akustycznym koncercie Aerosmith, com się na nim wychował i który sobie wczoraj niespodziewanie pozyskałem w sieci internetowej.

Mam ja na moim zenku taki specjalny, nieśmiertelny zestaw muzyki gimnastycznej – Ministry, Slayer, Corrosion of Conformity, Urban Dance Squad, Vader, KNŻ, Agnostic Front oraz Biohazard. Ale Aerosmith Unplugged pobija wszystko, w szczególności zaś Toys In The Attic na półgodzinnej funkcji repeat.

Powróćmy jednak na moment do pakierni jako takiej. Ha, w komentarzach Mihau dotknął jądra – jest w tym coś metafizycznego. Ja osobiście przeżywam autodeifikację na ławeczce, podnosząc pustą (na razie) sztangę, albo szarpiąc hankle dwudziestki.

Szarpałbym mniejsze, ale ktoś się nie bał i wziął sobie do domu jedną piętnastkę. Więc walczę z dwudziechami. I to mnie stroi, czyli konweniuje, jak mawiał Artysta Młynarski.
Poza tym, powoli, acz zauważalnie zmniejsza się moja masa atomowa. A o to przecież między innymi chodziło.

Bo przecież nie o sześciopak.
 


2009-11-28 21:03:01 skomentuj (9)
krótka historia o strongmenach

Cóż, gandzia nadal zostawia ślady jak sanek płoza, a my nadal z tymi śladami heroicznie walczymy. Ciężka to walka i nierówna, ale trudno. Na nasz blokowy basen już nie uczęszczamy, bo od tego chloru obaj zaczęliśmy dostawać wyrzutów po mordzie (niczym Jacek Soplica).


Ale się wtem nagle okazało, że Antyterror ma bardzo fajną pakernię, toteż parę dni temu Miłoszek mnie tam wkręcił. Co za miejsce. Przychodzą takie słonie, że ja nie mam siły, żeby po nich zdjąć ciężary z tego kija nad ławeczką. Musimy ściągać we dwóch.

I ogólnie katownia straszna. Trener też nie lepszy i każe mi robić takie rzeczy, że byście nie uwierzyli. Najbardziej nie lubię tego kucania z hanklami. Ale nic to, bo postanowiłem, że wszystko zniosę, byle tylko odzyskać dawną rzeźbę i posągowe kształty.

Trochę się ze mnie te miejscowe bolki naśmiewały, kiedy zaczynałem treningi, ale odkąd występuję w bezrękawku, to się między nami zdecydowanie ociepliło. A jeszcze mi wczoraj Karakaszanka kupiła taką specjalną pakerską koszulkę na ramiączkach, to przy najbliższej wizycie zadam szyku.


Czyli jutro.
 

 

2009-11-26 23:54:34 skomentuj (23)
stało się

Nadejszła wiekopomna chwila i dziś o świtaniu, spowity w najlepszy garnitur z mojej kolekcji Harry Rosen, zmaterializowałem się w Pałacu Prezydenckim, gdzie mnie najsampierw serdecznie powitali, potem pouczyli, potem odpytali z kilku faktów, by na koniec, w towarzystwie kilku innych szczęśliwców wprowadzić do Sali Tronowej imienia miłościwie nam panującej Królowej Elżbiety II.

Tam nastąpiło wciągnięcie na maszt rozmaitych fajnych flag, odśpiewanie różnych fajnych hymnów (znam słabo, toteż tylko ruszałem buzią, ale przejęty byłem po byku), by na koniec stanąć przed obliczem Pana Wielkiego Kanclerza, któren mnie poklepał, uścisnął moją prawicę, a następnie zaprosił do stoliczka, gdzieśmy się pomieniali różnymi dokumentami.

Oddałem jemu wszystkie permity, licencje, pozwolonka, zaświadczenia oraz inne tymczasówki, a w zamian otrzymałem twardy dowodzik karakaski, tadam. Bezterminowy. I teraz jestem, proszę ja kogo, pełnoprawnym poddanym Korony.

Po tym, jak już wyprowadzili sztandar i dali spocznij, Karakaszanka rzuciła się do mnie z goździkami i gratulacjami, natomiast Miłoszka krew nagła zalała, bo po pierwsze, jego podanie zostało przerzucone na sesję wiosenną, a po drugie, nagle przestał być w centrum uwagi jako wielki antyterrorysta.   

Potem śmy się rozeszli do zadań służbowych, by się ponownie zejść wieczorową porą i maksymalnie uraczyć z wiadomej okazji. Mnie, jako świeżo upieczonemu poddanemu Korony, nie wypadało się złoić (poza tym przecież nie piję), toteż poprzestałem na wzniesieniu toastu lokalną wersją szampana pikolo. Natomiast Miłoszek – który w międzyczasie się odbraził – skwapliwie wykorzystał okazję i po krótkiej wymianie strzałów przeszedł w Wymiar Delta. Jak za starych dobrych czasów.

Ale twardy jest, nie ma to tamto. Myśleliśmy, że gdy się już pogrąży w wódczanej malignie, to da się od niego co nieco wyciągnąć w temacie tego antyterroru. Ale no way, miss Jadzia. Oczka już miał tycie tyciusieńkie, ale twardo się zapierał i konsekwentnie bełkotał, że tajemnica służbowa. Bez łaski.

Wrzuciwszy naszego kompana do jego łożnicy, w towarzystwie Karakaszanki pozmywałem gary i zamiotłem izbę, po czym udaliśmy się w miasto, gdzie bez nałogów upiliśmy się powietrzem.

Wszystko.



2009-11-25 00:35:52 skomentuj (27)
jest dobrze, ale nie beznadziejnie

- Ale jesteśmy cipy, że się wyprowadziliśmy z West Endu – oświadczył Miłoszek, kiedyśmy się w słoneczny poranek przechadzali ulicą Denman, cośmy jeszcze nie tak dawno, jako swojaki wznosili tam antysamochodowe barykady.
- Trochę tak – zgodziłem się. – Ale powrócimy tu, gdy się nam skończy odsiadka w Chinatown – przyobiecałem na koniec.

A potem to już nastał Remembrance Day, który zapamiętamy na pewno. Bo, kiedyśmy z zapartym stolcem obserwowali pokazy w lataniu figurowym bombowcami, ktoś się nie bał i nam ukradł plecaczek. Zginęli dwa kaski oraz portfel Miłoszka Antyterrorysty. Na szczęście nic w nim nie było, bo Miłoszek ostatnimi czasy nic nie posiada. Ale liczy się pamięć.

Następnie śmy się udali do domu, gdzie usiłowałem przygotować kurczaka według przepisu Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Sraka, nic nie wyszło, kotlet z psa pomielony z budą. Może przez brak szyjek rakowych, które stanowiły oś przepisu. Nieważne. Spuściwszy kurczaka z falami gnojówki, udaliśmy się do dyżurnego chińskiego markietu, gdzieśmy wrąbali po porcji wołowiny słodko - kwaśnej. Też syf. Milion razy już sobie obiecywałem, że nie będę tego szajsu kupował.

Potem Karakaszanka z Miłoszkiem pojechali po jakieś kafelki, a ja sobie zapodałem perłę krajowej kinematografii zatytułowaną Zabij mnie glino. O ja pierniczę, ale to były czasy. Jaka technika, jaki sprzęt, jakie kreacje. Już prawie zapomniałem. Oczywiście, jako znawca filmów bandycko - napadalskich oraz najlepszy kolega antyterrorysty, natychmiast zauważyłem kilka rozkosznych kiksów.

Pierwszy nastąpił, gdy Boguś niechcący rozwalił Olgierda Łukaszewicza oraz Marię Pakulnis. I choć strzelał z pistoletu wyposażonego w dwumetrowy tłumik, to huk był jakby walił z haubicy samobieżnej paladin kaliber 155 mm.  
Z kolei podczas napadu na pociąg wszyscy bandyci zaopatrzeni byli w schmeissery, z których bez przerwy napierniczali bez opamiętania, chociaż nikt nie stawiał cienia oporu i w ogóle żadnych przeciwników nie było w promieniu kilometra. Pyszota.

A tak na marginesie, to ja się pytam, gdzie się podziała genialna artystka scen polskich Anna Romantowska, której znakiem rozpoznawczym było płakanie z równoczesnym ogłuszającym smarkaniem. Pamiętacie? W Zabij mnie glino smarkała tak donośnie, że musiałem wyłączyć dźwięk. Ale ogólnie film wypierdoza.

Potem tamci wrócili z kafelkami, a w międzyczasie nastał wieczór i znowu musiałem oglądać Hałsa. Już nie daję rady. Podczas siódmego z rzędu odcinka nie zdzierżyłem i przyciąłem komara, a następnie, na automatycznym pilocie teleportowałem się do łóżka.

Następnego dnia, kiedy ranne wstały zorze, udaliśmy się na osławioną giełdę staroci i osobliwości, która ostatnimi czasy stanowi jedyną moją radość i pociechę. Co prawda, nic sobie nie kupiliśmy (bo za wszy i pająki niewiele można kupić), ale i tak było fajnie. W tak zwanym międzyczasie ktoś nam stołował hondziaka. Oraz pińcet innych wozów zaparkowanych na pobliskiej łączce.

Wkrótce na placyku zmaterializowały się wszystkie ofiary tołownika-psychopaty i po krótkiej naradzie wesoła gromadka ruszyła na poszukiwania tołowniczego parkingu. Jakby tego było mało, kurewsko się rozpadało, więc dyndaliśmy w ulewnym deszczu, miotając pod nosem najstraszliwsze przekleństwa pod adresem systemu. A plucha była taka, że aż mi się buty rozeszły. I oczywiście zaziębiłem się koncertowo.

Ale nic to, bo po wielogodzinnej wędrówce, popołudniową porą dotarliśmy na koniec świata, gdzie, po krótkiej wymianie uprzejmości z zawiadowcą bazy, wykupiliśmy hondziaka za dziewięćdziesiąt osiem dolarów. Karakaskich, ale zawsze. Cudny dzień.

Nie wiem, czy w związku z opisanymi zdarzeniami, czy też bez związku, ale w okolicy pojawiły się małe dementorki. A z dementorkami jest jak z lwiątkami. Czyli tam, gdzie są małe, z czasem niechybnie pojawiają się duże. Muszę sprawdzić w skryjówie, jak się przedstawia sytuacja z Likarstwem. Bo się może przydać.

Wszystko.     


2009-11-12 02:38:37 skomentuj (77)
żarty się skończyły

Kto ogląda filmy bandycko napadalskie, ten wie, że gdy przychodzi bida, to się wzywa AT. Czyli antyterror. To teraz uważajcie wzywając AT, bo może przyjechać Miłoszek. I będzie niewesoło. Ale po kolei.


Jak wiadomo, zmagamy się tu z recesją, nędzą oraz bezrobociem. I musimy się imać najrozmaitszych zajęć, żeby tylko było co do garnka włożyć. Nawet – jak zapewne pamiętacie – bijemy i rabujemy Murzynów. Jednym słowem, mamy duże ciśnienie na robotę. Do rzeczy.

W sobotnie przedpołudnie Miłoszek udał się na giełdę staroci i osobliwości. Po drodze natknął się na obwieszczenie zapraszające wszystkich chętnych do punktu rekrutacyjnego w temacie roboty wokół przyszłorocznej Olimpiady. Gdzie go chycili i poddali testom, które podobnież zdał śpiewająco.

Potem – według Miłoszkowej relacji – nastąpiły rozmaite przesłuchania prowadzone przez psychologów, milicjantów, lekarzy i innych tajnos agentos. Jedno mnie tylko zastanawia, a mianowicie język, w jakim oni tam wszyscy rozmawiali. Bo, z tego co wiem, Miłoszek jest wyposażony w bardzo przetrwaniowy angielski. Tymczasem, na wskutek tych wszystkich testów i interwjów, dziadowi zaproponowali całkiem nienajgorszą pracę. Czyli znakiem tego jakoś się dogadał.

Następnie Miłoszka skierowano do sali wykładowej, gdzie odbyło się krótkie, sześciogodzinne zaznajomienie kandydatów w temacie bombiarstwa, broni długiej oraz krótkiej, gazów bojowych i innych ostrych narzędzi. Po części wykładowej odbył się równie krótki, dwugodzinny egzamin i tutaj również ten frędzel zdał na celujący z plusem.  


Po czym go pochwalili, poklepali po plecach, powiedzieli bravissimo i na koniec spytali, czy w to wchodzi. A że weszedł, to mu założyli teczkę, zdjęli paluchy, skserowali wszystkie dokumenty i kazali przyjść we czwartek na komendę. Na ćwiczenia. Płatne. Odlot.

Nie uwierzyłbym w całą tę akcję, ale na własne oczy widziałem kwity. Wszystkie. Wyniki testów, umowę, licencję, akredytację, rozkład jazdy oraz szkoleń, a nawet skierowanie do magazynu po odbiór munduru.


Też się chciałem na to załapać, ale jestem za stary.



2009-11-10 23:27:41 skomentuj (30)
no cześć

Ha, troszkę nie pisałem, ale to dlatego, że jakiś czas temu My Loving Mother przysłała mi siedemset dysków z przygodami Kruszona i reszty. No i musiałem przez to przejść.

Ech, stary się już robię i sentymentalny. A poza tym wypłukuję się powoli z Likarstwa i wracam do dawnej wrażliwości na piękno oraz proste, ludzkie sprawy. A że jestem powszechnie znanym szmirusem to już zupełnie inna sprawa. Ale do rzeczy.
Spłakałem się dwa razy, co przy stu czterdziestu odcinkach serialu nie jest jakimś osiągnięciem szczytowym. Ale się zdarzyło.

Pierwszy raz załkałem, gdy Kruszon zadzwonił do Aldony, by ją poinformować, że Agatka się znalazła.
Drugi raz żałość mną targnęła na samiutkim końcu, gdy Kruszon powiedział Fajne macie skarpetki. Dobrze, że akurat sam byłem w domu, bom się wytarzał haniebnie. I szlochem zaniósł strasznym.

A poza tym bardzo sprawne kino i dużo fajnych pysków.
Świetna rola Zenka Pereszczako.
I Pazura, o dziwo, jakiś taki niewkurwiający.
No i Pawełek, czyli Grant, czyli Piotrunio, ma się rozumieć.

Moją najnowszą narzeczoną niespodziewanie została, zupełnie mi dotąd nie znana, pierwsza żona Sznajdera.
Mam aktualnie dwie, bo jeszcze Cuddy. 

I ogólnie tak mi jakoś ten film zadziałał na wyobraźnię. Szczególnie jego wywiadowcza część. Właśnie miałem pisać dla pewnej gazety o takich czterech lokalnych nietykalnych gagatkach, ale chyba sobie odpuszczę.

Bo to nigdy nie wiadomo, z kim się tańczy.


  
 
2009-11-05 06:21:23 skomentuj (23)
wielka draka w chińskiej dzielnicy

Oj, się wpakowaliśmy wczora z wieczora. Ale po kolei.
Wyszliśmy właśnie z narady u Przekliniaka (który się okazał bardzo fajnym gościem) i Miłoszek zaproponował, żeby się jeszcze przed powrotem do domu wbić do slumsów na mały spacer. To się wbiliśmy i akurat tuż za winklem, przed siedzibą Salvation Army dostrzegliśmy kilometrową kolejkę bamów. Bo akurat wydzielali jakies talony na zupę albo inny zasiłek.

I wtem nagle w tej kolejce zaczęły się bić jakieś dwie baby. Ale tak się prały, że niech się schowa tajski boks, ustawki, klatki albo inne walki w kisielu. Gdybym był łowcą talentów, to bym im natychmiast zaproponował kontrakt w lidze zawodowej. Ale nie jestem, więc dla odmiany postanowiłem aparatem sony ha pięć wykonać kilka zdjęć.

I  kiedy właśnie z zadowoleniem oglądałem na monitorze efekty sesji, ktoś podszedł i mi niespodziewanie przyłożył z liścia w buzię. Wykrzywiając mi przy tym okulary. Ja jestem ogólnie niespotykanie spokojny człowiek, ale kiedy coś się dzieje z moimi brylami, to mi się włącza tryb kill’im. I generalnie dostaję małpiego rozumu, i pragnę krwi, i nie odpowiadam za siebie i w ogóle apocalypse now.

Więc się odwinąłem i w efekcie napastnik wykonał w powietrzu potrójne salto ze śrubą. A Miłoszek jeszcze poprawił z laczka. Koleś natychmiast zaczął udawać nieżywego, czyli zaległ na chodniku i głupkowato chichocząc, palił sobie papierosa. Na to wszystko przyjechał patrol lokalnej milicji i nas zatrzymał do wyjaśnienia.

Więc jednemu z milicjantów wyjaśniliśmy z grubsza przebieg zajścia, podczas gdy drugi postanowił się rozmówić z leżącym mężczyzną, podczas gdy trzeci udał się na drugą stronę ulicy do bijących się bab. Po czym nas spytali, czy się zgadzamy na dobrowolną rewizję, czy też wybieramy rozwiązanie alternatywne w postaci wizyty na komendzie.

To się zgodziliśmy na to pierwsze. Trochę nam nie pomógł fakt, że Miłoszek miał w kieszeni mikroślady marii, ja zaś kisiłem w wewnetrznej kieszeni puchacza czterysta dolarów w dwudziestkach. A warto zaznaczyć, że dwudziestki budzą u stróży prawa zasłużony niepokój, bo jest to w lokalnym narkobiznesie podstawowa jednostka rozrachunkowa. Wiem ze swoich źródeł.

Jako osobnicy kryształowo uczciwi i o nieposzlakowanej opinii, spokojnie wyjaśniliśmy milicjantom, że są to nic nie znaczące poszlaki, na dodatek fałszywe i bez związku ze sprawą. Bo Miłoszkowa kurtka w istocie pochodzi z lumpeksu i biorąc poprawkę na to zepsute miasto, miała prawo posiadać w kieszeni mikroślady zabronionej substancji. Oczywiście po poprzednim właścicielu.

Ja zaś przedstawiłem stosowne kwity na potwierdzenie faktu, że posiadane środki właśnie wypłaciłem z bankomatu jednego banku i akurat zamierzam je zdeponować w innym banku, a przenoszę je tak na piechotę, bo do tego pierwszego banku przychodzą mi płatności, a z tego drugiego banku ściągają mi raty za hondziaka. A międzybankowe przelewy internetowe niestety nie są praktykowane w tym dzikim kraju.

Nie za bardzo nam z początku uwierzyli, ale jeśli uważacie że następną noc spędziliśmy na zgnitym posłaniu w areszcie śledczym, to się grubo mylicie. Bo zatriumfowała sprawiedliwość. Bo przyszedł ten drugi policjant i oświadczył, że wszystko charaszo i że przeprowadzone czynności pozwoliły na ustalenie, iż zostaliśmy napadnięci i działaliśmy w obronie własnej.

A ten co się wywalił to po pierwsze miał przy sobie wór narkotyków, czyli nas przelicytował miliardkrotnie. A po drugie jest to powszechnie znany miglanc, diler, kombinator, złodziejaszek, cham, prostak i woda na młyn odwetowców. I jeszcze tak pozaprocesowo dodał ten drugi policjant, że za mało mu przywaliłem.

Po czym w trosce o własne, szeroko pojęte bezpieczeństwo, śmy się łaskawie zgodzili na wyeskortowanie nas z zaklętych rewirów, po czym poszliśmy do banku wpłacić te pieniądze, po czym zrobiliśmy zakupy, po czym przyszliśmy do domu, gdzie napisałem notkę tę.

Wszystko.
 


2009-10-29 20:15:07 skomentuj (46)
miłoszek posuwa dołki

- Jeżeli ktoś mówi, że Vansterdam jest najlepszym na świecie miejscem do życia, to albo tu nigdy nie był, albo był na tygodniowej wycieczce i mieszkał w Fairmoncie – stwierdził Miłoszek gorzko. – Ewentualnie ma na koncie pierdyliard dolarów i najlepiej się bawi w swoim towarzystwie – dokończył.
- Czy możesz jaśniej? – poprosiłem.
- To miasto jest do dupy – odparł Miłoszek. – Jest drętwe, chore, szpanerskie, niezorganizowane i wkurwiające…

- Wiesz, zawsze możesz wrócić do Miasta Glinoludów – doradziłem grzecznie.
- W Bolcu jestem trochę spalony – ze smutkiem stwierdził Miłoszek.
Ha, coś o tym wiem.
- Może ty masz jakiś problem z ludźmi – zaryzykowałem śmiałą tezę psychologiczną.
- Żartujesz sobie ze mnie? – żachnął się Miłoszek. – To ci ludzie maja ze sobą problem. Są chorzy, puści, nieprzyjaźni, durni, niezorganizowani i w ogóle.

Myślę, że trzeba jemu zadać prozaku.
 


2009-10-24 17:42:57 skomentuj (20)
ogłoszenie parafialne

Drugare,
Trochę się porobiło.
Przepraszam jako gospodarz.
Mamy pasożyta.
Trudny do leczenia.
Ustawa o Zdrowiu Psychicznym z 1994 niestety nie pozwala go rzucić w pasy ot tak.

Gadalim z ojcem jego.
Bo sam pacjent, wiadomo...
Nie wyszło to gadanie.
Wychowanie bezstresowe.
Mój Grzesiu? Nigdy w życiu...

Sądu się nie boi.
Lubi sądy.
Bywalec.

Coś uradzimy.


2009-10-20 18:32:04 skomentuj (28)
zachodzę:
piosenka dnia
wersja obrazkowa
fotki
com

sprawy statutowe
hymn bloga

stardog-mail
listy do stardoga
statystyka